Ustawa Cookie - Wykorzystujemy cookies w celu poprawnego wyświetlenia strony. Wiemy - można bez nich żyć - tylko po co?

Andrzej Guziński - Dwadzieścia kroków po śniegu [ROZDZIAŁ I]

Kocham biegówki -> Przygoda

2019-07-27

Ja, niebiegacz

Nie jestem żadnym biegaczem narciarskim. Uważam, że żeby nim być albo pozwalać się nim nazywać, trzeba ćwiczyć przynajmniej w sposób półprofesjonalny i zgodny ze sztuką. Przejść szkolenie z kimś, kto ma na ten temat pojęcie i podstawy, żeby go udzielać. Poddawać się reżimowi treningowemu, wyjeżdżać na obozy, dorastać w odpowiedniej atmosferze i poczuciu, że twoim celem jest sport, bycie coraz lepszym, pokonywanie innych i zdobywanie nagród. Wtedy – gdybym miał zaliczony taki etap – jak harcerz ubrałbym mundurek i na ramieniu przyszył sobie sprawność.

 

 

Odkąd 43 lata temu – czyli 34 wcześniej niż pierwszy raz w życiu zapisałem się na prawdziwe zawody – pierwszy raz założyłem narty, stałem się obserwatorem biegaczy. Gdy tylko ich widzę, podglądam ich ruchy, technikę, z którą do teraz mam olbrzymie problemy i tracę przez nią tyle, że posiadane atuty nie wystarczają do nadrobienia strat. Są to krótkie obserwacje. Zanim zdążę się napatrzeć, oni znikają za zakrętem, robią swoje i nawet nie pamiętają, że kilka minut wcześniej biegł obok nich jakiś Guziński. Są szybsi, lepsi, mocniejsi, wytrzymalsi, biegną z tym wszystkim wpojonym przez lata, gdy poświęcali się treningowi w sposób „na serio”. Co z tego, że ja biegnę? To jeszcze o niczym nie świadczy, podobnie jak rysowanie w zeszycie na nudnych lekcjach w szkole nie czyni autorów rysownikami. Za dużo już napatrzyłem się na te wzorce na trasach. Nie mogę nie porównywać się z ludźmi, z którymi startuję. Oni – mimo że podobnie jak ja chodzą normalnie do pracy, mają rodziny i inne zajęcia – znikają codziennie z domu w butach sportowych i wiedzą, co mają w nich zrobić. Ja – niekoniecznie, bo do połowy 2017 roku na treningach przeważnie robiłem tylko to, co lubię, a to nie zawsze jest to samo, co powinienem. Dlatego czułem przed nimi respekt, znałem swoje miejsce w szeregu i gdy stawałem na starcie maratonu, nie wybierałem miejsca na czele grupy. Szedłem do dalszego rzędu i znajdowałem osoby, przy których już na pewno wiedziałem, że zaraz za startem nie zostanę z tyłu. Mam w maratonach tak, że jak jest do pokonania górka, to na podbiegu czuję się mocny, bo pod względem wydolności jakoś sobie radzę pomimo astmy oskrzelowej, z którą nauczyłem się w miarę normalnie funkcjonować. Nigdy nie narzekałem na brak powietrza w płucach. Na zjeździe też sobie nieźle radzę i zwykle kilka osób mijam wtedy na zakrętach. Ale gdy na płaskim terenie trzeba popracować nad techniką, nagle cała chmara zostawionych za plecami z powrotem przesuwa się przede mnie.

 

Nigdy nie włączałem sobie filmików znanych sportowców na YouTube, żeby przeanalizować, co robią lepiej. Trochę pokazali mi Radosław Szwade i Józef Michałek, ale najcenniejsze lekcje biegania pobrałem od Tomasza Kałużnego z Jeleniej Góry. Biegaliśmy na nartach i nartorolkach, i oczarowało mnie, z jaką lekkością ten człowiek potrafi się na nich poruszać. Robi to tak zwinnie, przemyślanie i ekonomicznie, że mógłbym na niego patrzeć godzinami. Chociaż trenowaliśmy niewiele, cieszyłem się, że rozumiem wszystkie uwagi, mimo że jestem samoukiem i przez kilkadziesiąt lat wszystkie ruchy wypracowałem intuicyjnie, na zasadzie „skoro coś mi nie przeszkadza, to znaczy, że jest okej”. Kałużny był bezwzględny w czepianiu się o drobiazgi: a że biodra nie tak, a że wymach rąk, odbicie... Ale najlepsza i tak była uwaga o głowie. W życiu bym nie przypuszczał, że to, gdzie kierujesz wzrok, wpływa na tempo i jakość biegu. Przed spotkaniem z Tomkiem kilka razy pojechałem na obozy dla amatorów, ale z perspektywy czasu uważam, że to nie jest najlepsze szkolenie. No bo czego możesz się nauczyć przez trzy godziny treningu w grupie? Gdyby cały czas spędzony na zajęciach podzielić przez liczbę uczestników, wyjdzie, że na jedną osobę prowadzący poświęci maksymalnie kilkanaście minut. Biegaczom, zanim się nimi nazwą, trzeba poświęcić tysiące godzin.

 

Jest pewna hierarchia jakości sportowej, wedle której plasuję się mniej więcej pośrodku skali od lenia sprzed telewizora do mistrza olimpijskiego. Widać to dobrze w etapach ligi Worldloppet, bo zgłaszają się tam przedstawiciele wszystkich poziomów zaawansowania. Można tam spotkać absolutne gwiazdy sportu z Justyną Kowalczyk na czele, a zaraz za nimi całe grono byłych zawodników, którzy w pewnym momencie z braku sukcesów w Pucharze Świata zostawili zawodowe kariery, ale nie przestali kochać nart i z przyzwyczajenia – a może uzależnienia – zachowują się jak kiedyś. Czyli trenują i startują, imponując wydolnością oraz wpajaną im od dziecka techniką. To dwie pierwsze grupy. Ich przedstawiciele mogliby obudzić się w środku nocy, z automatu przelecieć Bieg Piastów i nikt nie zauważyłby, że piętnaście minut temu spali. Trzeci poziom jakości w biegach to ludzie poddani mniejszemu lub większemu szkoleniu technicznemu, ale bez kariery seniorskiej. Tacy juniorzy, co znaleźli sobie u progu dorosłości lepsze zajęcie, ale po latach zebrało im się na narciarskie sentymenty i postanowili wrócić. Niżej są ci, którzy późno zaczęli, ale robią to obecnie nad wyraz intensywnie i z dbałością o szczegóły. Potem ewentualnie jestem ja, a za mną kolejne dwie–trzy grupy, przez które już przeszedłem lub nigdy tam nie byłem, o czym więcej napiszę później. W tych grupach można by zamieścić osoby nietrenujące na sucho i tylko od czasu do czasu przypinające narty w okresie od grudnia do kwietnia. Na samym dole klasyfikuję zupełnych laików porywających się na maraton w niedzielę po tym, jak w piątek biegali po raz pierwszy w życiu i uznali, że biegi narciarskie są fajne. Najbardziej niesamowite jest to, że wielu z nich daje sobie radę!

Ze skalą jakości wiąże się skala satysfakcji. Zaczyna się na szczęściu z pokonanych 20 kilometrów. Potem szczęście przynosi 50, a dalej – że kupiło się nowe kijki i smary. Moją satysfakcją jest obecnie progres w technice. Wiem, że non stop o niej mówię, ale nie ma zbyt wiele w bieganiu, co mogłoby mi bardziej imponować.

Może granica między tym, kim ja jestem, a biegaczem narciarskim tkwi w głowie? Może to jest moja zaniżona samoocena opornie reagująca na pochwały, które płyną, gdy gdzieś pojadę, coś przebiegnę i osiągnę prywatny sukces? Ale moje wyobrażenie o tym, jaki powinien być prawdziwy sportowiec, postawiło barierę i w życiu już jej nie przekroczę, bo jest na to za późno. I taka jest prawda. Nie ma tu żadnej skromności, bo moje bieganie to jest zabawą i rekreacją. Jeśli  uczestniczenie w maratonach narciarskich jest dla mnie zabawą, a pomiędzy nimi zajmuję się przygotowywaniem się do nich „na czuja”, żeby zabawa sprawiała przyjemność, to czy powinienem  określać się biegaczem? Mam wątpliwości, za które z góry przepraszam tych wszystkich kolorowych ludzi robiących to samo bez nart. Bez oddawania temu całego życia, w znakomitej większości, wy też nie jesteście w pełni lekkoatletami.

 

W chwili napisania tutaj pierwszych zdań mam dokładnie 52 lata i 350 dni. Posadziłem drzewo, udało mi się zbudować dom, założyć rodzinę, spłodzić syna, który któregoś dnia przyszedł przekazać mi, że będę dziadkiem. Wszyscy, którzy mnie znają, wiedzą, że nie byłem szczęśliwy, gdy zostałem dziadkiem w wieku 43 lat. Chociaż dzisiaj z perspektywy czasu cieszę się bardzo, że mam dwoje wspaniałych wnuków. Będę jednak opowiadać o tym, co jako niebiegacz osiągnąłem w sporcie. Odkąd w 2008 roku po raz pierwszy wystąpiłem w Biegu Piastów, zdobyłem dwa dyplomy Euroloppet Racer, Euroloppet Champion, sześć razy Worldloppet Master i Global Worldloppet Skier. Jako jedenasty człowiek na świecie zaliczyłem wszystkie dwadzieścia maratonów ligi Worldloppet, zwiedzając po drodze Chiny, Nową Zelandię, Islandię, Australię, Rosję, a nawet południe Argentyny. Łącznie w tym czasie pokonałem ponad osiemdziesiąt maratonów narciarskich w ponad dwudziestu krajach świata, gdzie obcowałem z ludźmi, smakowałem lokalnych kuchni i czytałem znaki drogowe w językach, które za cholerę nie przypominają żadnego z dotychczas mi znanych. Dzięki dwóm lekkim deskom, kijkom i motywacji zostałem podróżnikiem do miejsc, w jakie prawdopodobnie nie pojechałbym bez uprawiania mojego sportu nigdy w życiu.

Zależało mi, żeby ta książka była i moja, i wasza. Gdy zaczynałem jeździć na kolejne biegi, zdałem sobie sprawę, że dostęp do informacji o tym, co właściwie zamierzam zrobić, jest bezsensownie trudny. Ja – człowiek z Kaszub – miałem nagle pojechać na lotnisko i znaleźć się na drugim końcu planety bez żadnej wiedzy, co mnie czeka. Gdzie iść, gdy odbiorę bagaż? Czym pojechać? Czy jest w ogóle czym pojechać i ile to ewentualnie kosztuje? Jak szukać noclegów? Gdzie jeść i co jeść, żeby na trasie nie było potem niespodzianek. Czułem się ubogi w te informacje, ale coś nie pozwalało mi machać za każdym razem ręką, olewać sprawy i iść na żywioł. Nie dałbym chyba rady tak funkcjonować, bo ja muszę mieć zawsze wszystko przygotowane – inaczej nie zasnę.

Szukałem w internecie. Nie wiem jakim cudem, ale obojętnie od języka, w którym były strony internetowe z informacjami, coś udało się zazwyczaj pozyskać. Najwięcej oczywiście wypytywałem ludzi, których spotykałem na trasach biegowych w tych wszystkich zakątkach ziemi i mam pewność, że wiedza przekazywana z ust do ust ma największą wartość. Pytałem zawsze tak, jak teraz mnie pytają. Nie byłbym w stanie policzyć, ile razy odbierałem nieznajomy numer telefonu i po drugiej stronie pytano:

– Pan Andrzej?

– Tak, a kto mówi?

– Bo ja chciałem jechać na bieg do Chin i nie wiem, jak się do tego zabrać.

Pewnie, że pomagam. Po każdym takim telefonie czy mailu miałem jednak poczucie, że gdzieś te informacje powinny się znaleźć i uznałem, że najlepszym miejscem na ich zbiór będzie książka. Tylko dla jasności – nie chodzi mi o ceny pakietów startowych na zawody, bo to jest banał. Chciałem tu opowiedzieć o sprawach, których nie znajdziecie w pięknych broszurkach z sieci. I nie dowiecie się o nich, dopóki sami nie staniecie na dziwnym skrzyżowaniu w Azji z dylematem: wszystko pięknie, ale teraz mam pójść w prawo czy w lewo?

Fot. Jacek Klejment

 

-/-

Wy też możecie otrzymać „Dwadzieścia kroków po śniegu”. Książkę można otrzymać w podziękowaniu za wsparcie akcji Radia Gdańsk www.pomorzebiegaipomaga.pl  

Po wpłacie min. 24,90pl na konto fundacji otrzymuje się maila zwrotnego z informacją:

Dziękujemy. Jeśli wpłaciłeś min. 24,90 organizator akcji - Radio Gdańsk – chciałby wysłać w podziękowaniu książkę A.Guzińskiego “20 kroków po śniegu”.

Przy wpłacie min. 59 zł wysyłamy koszulkę biegową.

 

Komentarze - 0

Aby od razu dodać komentarz zarejestruj/zaloguj się na naszym portalu. Ze względu na problemy z botami komentarze niezalogowanych ukazywać się będą najszybciej jak to możliwe, ale dopiero po akceptacji.

* - pola obowiązkowe



Prawa autorskie © skipol.pl