Ustawa Cookie - Wykorzystujemy cookies w celu poprawnego wyświetlenia strony. Wiemy - można bez nich żyć - tylko po co?

AndrzejGuziński - Dwadzieścia kroków po śniegu - Zanim wystartowałem [ROZDZIAŁ II]

Kocham biegówki -> Przygoda

2019-08-04

Zanim wystartowałem.

Swoje pierwsze narty dostałem na Boże Narodzenie jako ośmiolatek i był to cenny prezent, bo rodzice oprócz mnie mieli do obdzielenia czworo rodzeństwa. Na dzisiejsze czasy to olbrzymia gromada, ale wtedy – jeszcze nic nadzwyczajnego. Matka i ojciec dużo pracowali, ale dawali nam dzięki temu spore możliwości rozwoju. A my z tego korzystaliśmy.

 

O ile więc większość rówieśników zjeżdżała w dalszym ciągu na drewnianych deskach, które bardzo często powstawały chałupniczo w ich domach, ja dumnie paradowałem z Polsportami. To były jeszcze czasy, gdy jedna para służyła za zjazdówki, skokówki, biegówki, i Bóg wie, co jeszcze naraz. Dedykowano im specjalne buty z wycinanymi rowkami z przodu na sprężynę, w których w największe mrozy chodziłem na co dzień do szkoły. Dzisiaj, przy plastikowych, ciężkich i niewygodnych łupinach to byłaby abstrakcja, ale tamten model przypominał zwykłe trapery.

Wychowywanie się na północy Polski absolutnie nie ograniczyło mi możliwości wykorzystania nowego nabytku. W Wielkim Klinczu na Kaszubach – to niedaleko Kościerzyny – prawie za każdym razem mieliśmy dobre zimy, zaczynające się w grudniu i kończące pod koniec kwietnia. Są tam też pagórki, a nawet góry. Może niewysokie, bo najwyższa w całym paśmie Wieżyca wzbija się na zaledwie 329 metrów ponad poziom morza, ale z kolegami nie mieliśmy żadnych problemów z upatrzeniem na tyle stromego zbocza, by zjeżdżając, poczuć solidną prędkość. Dzisiaj wiele tych miejsc nie nadaje się już do zjeżdżania. Na górkach powyrastały domy i mnóstwo dzielących łąki płotów.

 

Jako mały kibic byłem skazany na sporty zimowe. Nie jestem pewny, czy wierzę w znaczenie zbiegów okoliczności, ale chwilę po tamtych świętach zdarzyło się coś, co uczyniło narciarzami chyba wszystkie dzieci, które wtedy znałem – oto Wojciech Fortuna jako pierwszy Polak w historii został w Sapporo mistrzem olimpijskim w skokach narciarskich. Zakopiańczyk momentalnie stał się dla nas taką inspiracją, że w okolicy zaraz po konkursie wyrosły ze śniegu niewielkie skocznie. Tak zaczęło się naśladowanie nowego idola. Początkowo nieudolne, choć koledzy szybko robili postępy. Przeskakiwali się nawzajem, bili kolejne rekordy, a jak im już brakowało możliwości, to wydłużali rozbieg, przebudowywali próg albo w innym miejscu wsi budowali następny, jeszcze większy od poprzedniego. Wyczyn Fortuny to było coś niesamowitego i epokowego. Byłem z niego dumny. Odbiór tego wyniku w Polsce mógłbym porównać do szaleństwa, jakie zaczęło się na początku XXI wieku po sukcesie Adama Małysza w Turnieju Czterech Skoczni. Ale to ten pierwszy mistrz na zawsze stał mi się w pewnym stopniu bliski i gdy po latach dowiedziałem się, że będzie gościem na 41. Biegu Piastów, od razu poleciałem opowiedzieć mu o swojej fascynacji. Słuchał tego z uśmiechem na twarzy i pozwolił, żebyśmy na koniec zrobili sobie wspólne zdjęcie.

Ja, o dziwo, niechętnie zabierałem się za skakanie. Nieszczególnie pewnie czułem się w powietrzu, za to zdecydowanie lepiej na ziemi, w związku z czym chętniej niż na skocznie wybierałem się na łąki. Tam ze znalezionych tyczek rozstawiałem prowizoryczne slalomy i udawałem Andrzeja Bachledę–Curusia, ale w końcu i to musiało mi się znudzić. W głowie cały czas rozbrzmiewały opowieści ojca o tym, jak w ramach służby w dolnośląskich WOP długimi godzinami patrolował na nartach tereny przygraniczne. Chwalił się też, że gdy jako młody chłopak zamierzał dostać się zimą do mamy poza wieś, przy zbyt dużych opadach śniegu marsz nie wchodził w grę i narty były jedynym rozwiązaniem. Było z góry pewne, że tak przez niego indoktrynowany ja też zacznę w końcu biegać. Do końca szkoły podstawowej, jak tylko znajdowałem trochę wolnego czasu, robiłem to wytrwale każdej zimy. Zbieg okoliczności chciał, że jedna z tamtych zim była „Zimą Stulecia” i przez trzy lub cztery tygodnie czasu mieliśmy aż nadto.

 

Mieszkając w Wielkim Klinczu skończyłem dwie szkoły podstawowe – normalną i muzyczną pierwszego stopnia. To było bardziej przedszkole przypominające szkołę wieczorową, do której chodziło się na dwie godziny po zwykłych lekcjach. Grałem – i gram do dziś – na akordeonie i gitarze, do czego talenty zdaje się odziedziczyłem po rodzinie. Muzyka to moje wielkie niespełnione pole rozwoju, bo to w niej wedle genów powinienem pewnie osiągać sukcesy. Stało się inaczej, więc zostało mi granie dla przyjemności. Czasami bez zastanowienia biorę sprzęt z potrzeby serducha i zaczynam grać. Nie raz zdarzało się, że przechodząc przypadkiem przez miejsce, gdzie leżał instrument, zatrzymywałem się w nim na kilkadziesiąt minut albo i kilka godzin. A to są naprawdę różne miejsca i różne repertuary, bo jak podstawią mi nuty, myślę, że po chwili wprawienia będę umiał zagrać dowolny utwór. Ze słuchu trwa to chwilę dłużej, ale ja chyba lubię utrudniać sobie życie. Mam na to nawet dowód! Kiedyś zawziąłem się, że chcę rozwijać równowagę. Były biathlonista Radek Szwade zaordynował mi odpowiedni zestaw ćwiczeń, tylko że gdy zacząłem je wykonywać, okazało się, że są do bólu nudne. Ciągle jakieś stanie, podkurczanie nóg, balans na piłkach albo wymyślnych deskach. Żeby to urozmaicić i przy okazji utrudnić, brałem gitarę i zaczynałem koncertowanie. Gdyby ktoś zobaczył mnie w tej sytuacji, miałby pełne prawo pomyśleć, że uciekłem z cyrku albo jestem nienormalny.

Kiedyś nienawidziłem stawać przed publicznością i grać. To dla dzieciaka naprawdę duży stres, a ja chyba odczuwałem go kilka razy silniej. Prawie zawsze trzęsły mi się ręce i czułem, że się mylę, w dodatku zawsze, gdy faktycznie omsknął się palec, generując inny dźwięk niż ten zapisany w nutach, robiła się nieprzyjemna wewnętrzna spinka. Teraz nie mam z tym problemów. Swoją drogą, to jest istotna różnica między byciem muzykiem a sportowcem, bo w tej drugiej branży pomyłek nikt nie zauważa. A nie, poprawię się – nie zauważa dopóki, dopóty nie jest się profesjonalistą, którym – co już ustaliliśmy – ja nigdy nie byłem.

Stawaliśmy się dorośli i ani się obejrzałem, zostałem w okolicy ostatnim dziwakiem, któremu chce się jeszcze na te narty wychodzić. Wkrótce zabrakło tam i mnie, bo żeby dalej się kształcić, musiałem przeprowadzić się do Gdańska, gdzie trafiłem do Technikum Łączności. Moje młode życie wywróciło się do góry nogami. Nie tylko stanąłem w obliczu nowych wyzwań naukowych, ale przede wszystkim społecznych – znalazłem się w zupełnie innym środowisku, między innymi ludźmi, w obcym dotychczas mieście. Na wszystko miałem mniej czasu, bo w kalendarzu przyjemności wyparły obowiązki. Na biegówki nie chodziłem już tak chętnie, jak wcześniej. W sumie to w ogóle przestałem się nimi zajmować i trwało to kilka długich lat, do czasu, gdy znów się zawziąłem i kupiłem sobie pierwszy komplet, po to by biegać w Trójmieście. Tam, podobnie jak na Kaszubach, też nie brakuje wzgórz i można znaleźć naprawdę ciekawe trasy. Niech dowodem górzystości tej okolicy będzie pięć prawdziwych skoczni, których ślady bez problemu można tam do teraz znaleźć. Na największej, na Sępim Wzgórzu w Sopocie, punkt konstrukcyjny wynosił podobno aż 50 metrów.

Ale zamiast biegów narciarskich, a tym bardziej skoków, znalazłem sobie nowe sportowe zajęcie – piłkę ręczną, do której trafiłem jeszcze w szkole podstawowej i grałem w nią przez trzy lata. Najlepiej czułem się na pozycji bramkarza i na tej pozycji zacząłem później trening w Wybrzeżu Gdańsk. W klubie, jednym z najlepszych w Polsce, treningi przybrały formę profesjonalnych zajęć, a ja byłem podobno całkiem utalentowany. Miałem szczęście, że trafiłem pod skrzydła trenera Jana Prześlakiewicza – już wtedy uznanego szkoleniowca, a obecnie jednego z najlepszych fachowców od szkolenia młodzieży. To była wielka przygoda i szkoda, że tak szybko zabiła mnie brutalność tej dyscypliny. To były jeszcze te bezczelne czasy, gdzie wynik w szczypiorniaku najpierw otwierał nokaut, a dopiero potem taktyka i umiejętności. Nie policzę, ile razy obrywałem po twarzy rzucaną z całej siły piłką, niby przypadkowo, a tak naprawdę wiele razy widziałem wcześniej, jakie zamiary ma rywal.

– A, za dobrze mu idzie, to go skasujemy – takie panowały zasady. Wtedy rzut w głowę oznaczał żółtą kartkę lub co najwyżej dwie minuty kary. Dzisiaj jest trochę lepiej, bo sędziowie z miejsca wyrzucają winnego z boiska, a czasem ligi, wlepiając jeszcze dłuższe dyskwalifikacje. Wtedy, zwłaszcza w sporcie juniorskim, nikt o tym nie słyszał.

 

guzinski

 

Zbieranie ciosów piłką w ogóle mnie nie deprymowało, a przeciwnie – chciałem być coraz mocniejszy, żeby dojść do momentu, w którym komukolwiek odechce się robić takich rzeczy. Za swój sukces uważam, że po takim strzale ani razu nie wylądowałem na obserwacji w szpitalu, mimo że prawie zawsze mecz po takiej akcji się dla mnie kończył. Granie w piłkę ręczną skończyło się jednak w innej sytuacji. W czasie meczu zauważyłem, że gracz z drużyny przeciwnika dostanie zaraz piłkę do sytuacji „sam na sam”, więc pomyślałem, że uda mi się go ubiec i przeciąć podanie, zanim je złapie. Wszystko zrobiłem dobrze, tylko nie przewidziałem, że ten w ramach rewanżu wpakuje mi się z pełną energią nogami w kolano. Miałem osiemnaście lat, a w nodze obrzęk, ból i krwiaka, który nie zszedł przez ponad rok. Robiłem wszystkie niezbędne badania, żeby wrócić. Nikt wtedy nie zdiagnozował dokładnie, czy przypadkiem czegoś tam nie uszkodzono, a może to dałoby cień nadziei, że po trzech, sześciu czy jedenastu miesiącach wrócę na parkiet po pozytywnej decyzji lekarza sportowego. Chodziłem do niego kilka razy i kilka razy odprawiał mnie z kwitkiem. W końcu uznałem, że przerwa od treningów jest już tak duża, że nawet jak się zawezmę i wrócę, to takiej przepaści między mną a drużyną już nie odrobię.

Ta sama prawa noga była później dwukrotnie operowana. Powód: uszkodzenie rzepki i na tyle popękana łąkotka, że większą prawdą będzie napisanie, że nie mam jej wcale, niż że mam w kawałkach. Jak zmienia się pogoda, kolano ostrzega mnie przed frontem ze dwa dni wcześniej. Bywa, że nie mogę zejść po schodach. Z tego samego powodu dostałem absolutny zakaz biegania maratonów lekkoatletycznych i biegania po twardych nawierzchniach. W treningu robię co mogę, żeby obudować kolano mięśniami i chociaż zbliżać się potem do krawędzi bólu. Mieszkanie w Ostrzycach – też na Kaszubach, do których udało mi się po latach wrócić – daje mi wspaniałe warunki terenowe. Jeszcze zanim prawie nieużywane, wyremontowane drogi zamieniły się w szwajcarski ser, niewielkim nakładem pracy zimą zamieniały się w idealnie równe trasy. Co więcej, gdzie nie pójdę, jest tylko w górę i w dół, w górę i w dół, czyli idealnie do treningu pod biegi narciarskie. Ale to jest w tej chwili zabójcze, bo o ile przy podbiegach (bez nart) pracują głównie mięśnie, a kolana mają względny spokój, zbiegi potrafią doprowadzić do łez. Każdy dodatkowy kilogram obciążenia odczuwam podwójnie. Jeżeli tylko tak.

Nie odważyłbym się teraz wyrokować, czy gdybym przeszedł przez czas gry w juniorach bez szwanku, udałoby mi się na przykład zadebiutować w polskiej lidze. Ale te same osoby, które ze mną trenowały, później zostawały gwiazdami ligi. Pierwsze nazwisko: Bogdan Wenta. To przecież legenda polskiego szczypiorniaka i jako zawodnik, i jako trener. Brylował już jako nastolatek, wszyscy uważnie patrzyli, co i jak robi na boisku, chcąc podpatrzeć coś dla siebie. Kiedy ja byłem w kategorii juniora, ćwiczył w grupie juniorów starszych. Nie mogę mówić o nim jako koledze z drużyny, ale często graliśmy naprzeciw siebie w klubowych sparingach różnych roczników. Kilka piłek, jeśli nie kilkadziesiąt, musiałem po jego rzutach wyciągać.

Zakończenie karie... przygody z piłką ręczną niejako wymusiło na mnie większe zaangażowanie w naukę. Plusem było to, że nie dłużej jak trzy lata od wypadku na parkiecie od nowa zakumplowałem się z biegówkami. Nadal dopisywały zimy, więc nie było to wychodzenie na wariata, bo akurat spadł śnieg, tylko kilka miesięcy regularnych wycieczek. Nie treningów, a wycieczek. Mi zawsze w uprawianiu sportu chodziło o to, żeby poczuć satysfakcję z bycia zmęczonym fizycznie. Tak bez celu zakładałem narty i wychodziłem mieć fajne dwie–trzy godziny tylko dla siebie, po których od razu w organizmie pojawiają się endorfiny. Z zawodami jest podobnie, dlatego że nigdy nie zapisałem się do nich, żeby się ścigać i rywalizować, a jeśli już, to wyłącznie z samym sobą. Po wysiłku zawsze momentalnie czuję, jak rośnie entuzjazm, jest więcej radości, takiej chęci do życia i pewności siebie. To może się wydawać miałkie i wyniosłe, ale nie ma w tym żadnej nieprawdy. Ludzie często dziwili się i nadal dziwią, że zamiast na piwo wychodziłem zniknąć w lesie, ale zawsze wtedy odpowiadałem, że nie ma nic lepszego dla głowy. Sport jest jak guzik, którym wyłączasz racjonalne myślenie, zostawiasz na ten czas wszystkie problemy, z jakimi trzeba się uporać, a dużo częściej ni stąd ni zowąd znajdujesz ich rozwiązanie. Macie tak? Ja do dzisiaj. Nie policzę przypadków, gdy miałem w pracy jakieś zadanie i nijak nie udawało mi się do niego zabrać. I nagle biegnę zadyszany, serce wali, z nosa cieknie i mam ochotę stanąć, żeby sobie pogratulować albo krzyknąć: „bingo!”. W sumie mógłbym zacząć krzyczeć, bo zazwyczaj jestem w tych lasach zupełnie sam.

 

Drugim takim momentem, gdy znikąd przychodzą różne myśli, jest zasypianie. Nieraz w półśnie uznaję, że są na tyle niezłe, że warto wstać, podejść do biurka i je zapisać. Innym razem nie nadają się zupełnie do niczego.

Miałem to szczęście, że odkąd skończyłem edukację, pracowałem wyłącznie w miejscach mniej lub bardziej związanych z moim wykształceniem. Chwilę trwało, zanim poszedłem na swoje. W Trójmieście pracowałem w biurze konstrukcyjnym Telkom–Telmor, a w wolnym czasie wypadałem do Sztokholmu, gdzie przez pięć lat w końcówce Polski ludowej jeździłem na trzymiesięczne „wakacje” instalować alarmy. To była początkująca działalność kolegi, dla którego byłem jego prawą ręką i pierwszym pracownikiem. Potrzebowałem pieniędzy i trafiło mi się jak cholera, że nie musiałem na przykład segregować ryb, a dodatkowo mogłem się czegoś nauczyć. Chociaż po prawdzie, dzisiaj ta wiedza nie ma już żadnego znaczenia, takie to były prymitywne systemy. Najważniejsze jednak, że w przeliczeniu na polskie złotówki dostawałem za tamtą pracę kosmiczne wypłaty. Zbierałem na mieszkanie i policzyłem, że gdybym chciał wtedy dorobić się na nie w Polsce, odkładanie zajęłoby mi pół wieku. Dzięki pracy w Szwecji zrobiłem to po trzech wyjazdach.

Słowo wakacje napisałem w cudzysłowie, bo to była szkoła życia, która ostatecznie zakończyła moje dzieciństwo. Nie zdążyłem w nim nakraść gruszek z działek, wyjeżdżać stopem bez mówienia rodzicom, palić papierosów za rogiem albo wspinać się na murki i zeskakując, łamać sobie nóg. Takie rzeczy nie przychodziły mi nawet do głowy. Wyrosłem na ugrzecznionego, ale nie żałuję.

Odpowiedzią na pytania, „skąd Guziński ma kasę na te swoje wycieczki”, jest to, że od 1991 roku przez kolejne trzy–cztery lata pracowałem po szesnaście godzin dziennie, niezależnie od dnia tygodnia albo tego, czy przypadkiem dzisiaj nie wypada Wielkanoc. Założyłem firmę. Do domu wracałem tylko na spanie, a syn nie wiedział, że ma ojca i przypominał sobie raz w roku, jak zabierałem go na tygodniowe wakacje i zarażałem sportem poprzez grę w tenisa, pływanie i wspólne wybiegania. Ja też wtedy nabierałem energii, bo zazwyczaj jadłem, nie odrywając się od pracy. O ile w ogóle jadłem. Często znajdowałem na to czas dopiero tuż przed snem. Tyle dobrego, że nie były to fast foody, ale mimo to gnuśniałem fizycznie i tylko przybierałem na wadze. Z 68 kilogramów przy wzroście 180 centymetrów dobiłem do... 95. Wyglądałem jak pączek, tylko że to było albo–albo, bo zaczynałem od zera i musiałem zbudować sobie bazę: ludzi, kontaktów, hurtowni, sprzętu i wszystkiego innego. W Polsce był podatny grunt, w gospodarce była dobra koniunktura i należało to wykorzystać, więc zaangażowałem się ponad miarę. Mówiło się, że pierwszy milion należy ukraść, a to mi go ukradziono, jeżeli mowa o skradzionym czasie.

Musiałem się kilka lat natyrać, ale w końcu zebrałem owoce. Chodzi o to, że jako jeden z pierwszych w Polsce rozpropagowałem systemy zliczania ludzi w galeriach handlowych. To może być przerażające dla nieświadomych, ale tak – dzisiaj praktycznie każdy większy sklep ma specjalne kamery, które badają, jak klienci zachowują się w sklepach – dokąd i którędy chodzą, na co patrzą, a na co nie. Zainstalowane przez nas systemy pracują w około 150 obiektach wielkopowierzchniowych. Są i takie, gdzie dane zbierane są jednocześnie na pięciuset urządzeniach zliczających. Łącznie nadzorujemy ich około siedem tysięcy, a wnioski z analiz dotykają konsumentów na co dzień – nie jest przypadkiem, że konkretne towary leżą akurat na tej, a nie innej półce. Co zabawne, w tym rozdziale życia też pomogli mi Szwedzi, bo to oni jako jedni z pierwszych znaleźli mnie tutaj i zaprosili do współpracy przy sklepach Ikea.

Wiem, że często jestem postrzegany przez osoby ze swojego otoczenia jako gość, który ciągle dba o to, żeby sprawiać sobie przyjemności i jego życie to w ogóle jest najwspanialsze na świecie. Że idylliczne, bo znajduję czas na przygody, podróże, aktywność fizyczną i do tego jeszcze ciągle się uśmiecham, a moje największe wyzwania to takie, że muszę pokazać na mapie palcem, dokąd się tym razem wybiorę, a potem tylko zapłacić za bilet. Po pierwsze – mają rację, że jestem z życia zadowolony. Po drugie – nie mają racji, twierdząc, że nie mam żadnych obowiązków. Do teraz zdarza mi się wracać cały dzień z zawodów gdzieś w Europie i po dojechaniu do domu o drugiej w nocy – zamiast prosto do łóżka, co byłoby rozsądne – siadać przy biurku i dopinać sprawy zawodowe. Na zewnątrz wszystko pewnie wygląda wspaniale, jest super opakowane i ludzie mi zazdroszczą. Od tego nie ucieknę, tylko że to nie jest prawda, bo żeby rozłożyć dobę pomiędzy obowiązki i przyjemności, wokół tych pierwszych trzeba się naprawdę mocno naharować. Wyniosłem to z domu i teraz powtarzam synowi, że im lepszy chcesz mieć poziom życia, tym bardziej musisz o to zadbać.

 

guzinski

 

W związku z powyższym nigdy nie musiałem zastanawiać się, czy bez pieniędzy można jechać na drugi koniec świata po to, żeby wystartować w zawodach narciarskich, bo nie musiałem. Nie chcę, żeby to źle brzmiało, ale kroki, które podejmowałem na drodze do korony Worldloppet, uzależniałem tylko i wyłącznie od mobilizacji i zdrowia. Oba czynniki dotychczas jako tako dopisywały. Co do kasy – nie będę robił z siebie głupka i wmawiał komukolwiek, że jeżdżę za darmo, ale zawsze uważałem, że pierwszym, co powinno popychać do działania, jest wystarczająco silna potrzeba realizowania swoich marzeń. Skoro chęci potrafią przenosić góry bez użycia koparek, to mogą też umożliwić podróże przy minimalnych nakładach finansowych. Były już tysiące podróżników jeżdżących auto– lub jachtostopem, śpiących w najtańszych hostelach albo za pośrednictwem couchsurfingu. Okej, namiot zimą to akurat kiepski pomysł, chociaż Norwegowie na Holmenkollen uważają inaczej i co roku przy okazji zawodów Pucharu Świata w kilkudziesięciotysięcznym tłumie szturmują lasy, rozpalając ogniska, piją piwo i pieką kiełbasy. Mówiąc w skrócie, zawsze da się jakoś kombinować, bo w powiedzeniu „nie ma rzeczy niemożliwych” jest sama prawda. Zabezpieczenie finansowe pozwala jednak sterować luksusem, jakiego oczekujesz jako zawodnik, a to żadne odkrycie, że chyba większość biegaczy wolałaby po kilku godzinach wysiłku na mrozie wylądować pod gorącym prysznicem niż w namiocie. Nigdy nie byłem gadżeciarzem, który musi jeździć najnowszym modelem samochodu, mieć elektronicznie sterowanych zasłon w domu i złotych klamek, ale w kwestii podróży za biegami narciarskimi wypracowałem pewne standardy, których możliwie najściślej chcę się trzymać. Po pierwsze, muszę mieć wszystko zaplanowane – począwszy od metody podróży, przez nocleg w hotelu, który pozwala wypocząć po wysiłku. Jeśli jadę na obóz do Jakuszyc i realizuję ciężkie treningi, dobrze jest później zrobić odnowę biologiczną. Woda jest dla mnie super sprawą: wszelkie masaże wodne, jacuzzi i sauna to trzy podstawowe rzeczy, które mi najbardziej odpowiadają i pomagają. Dodatkiem, ale niekoniecznym, jest to – i doszedłem do tego po czasie – staram się znaleźć sobie atrakcje związane z okolicą, poznać ich historię. A żeby to zrobić, też potrzebny jest wcześniejszy research. Kiedyś interesował mnie tylko i wyłącznie start i nic więcej. Teraz, jak na przykład wracam w jakieś miejsca po jakimś czasie, przeglądam przed wyjazdem, co ominąłem za pierwszym razem. Nie skupiam się tylko i wyłącznie na starcie, tylko na muzeach, zabytkach i nietypowych atrakcjach. W Svalbardzie jeździłem nawet na psich zaprzęgach jako powożący! Trwało to cały dzień. Na początek pani przewodnik jechała ze mną i pokazywała, co i jak. Mogłem tylko włączać pieskom hamulec. Potem jednak zmieniły się role i to ja miałem władzę w swoich rękach. Inna historia – jaskinia. Też na Spitsbergenie. Była cała z lodu, oglądałem taki, który tworzył się w tym miejscu przed kilkoma tysiącami lat. To było niewiarygodne, zobaczyć kolejne struktury tego lodu. A było to zupełnie dzikie miejsce. Nie było biletów, oświetlenia i wejścia po sznurku. Sami musieliśmy odkopać sobie dostęp.

Nigdy nie musiałem starać się o logo sponsora na czapce ani stroju startowym, o ile nie mówimy o emblemacie mojej działalności na ubraniach zamówionych na własny użytek. Drugie logo, jakie noszę, należy do portalu skipol.pl, który w 2015 roku zaprosił mnie do członkostwa w swoim nieformalnym teamie. Nie mamy kontraktu, to umowa towarzyska. Wśród utożsamiających się z tą drużyną są naprawdę nieźli biegacze i przy odpowiednich nakładach można by uczynić z teamu markę na kształt zachodnich ekip, które walczą w cyklu Ski Classics. Podobny projekt równolegle założył inny portal narciarski, nabiegowkach.pl, oraz Tomek Kałużny, który utworzył zespół jako dystrybutor sprzętu Yoko. Ciekawe, jak w przyszłości ukształtuje się między nimi rywalizacja o prymat w kraju, chociaż odnoszę wrażenie, iż wszystkie poszły zupełnie inną drogą i ich rzetelne porównanie byłoby trudne.

 

Jako dziecko marzyłem, żeby mieć w domu telefon. Dzisiaj niektórzy mają ich kilka, a ja chciałem móc zadzwonić do kogoś, bo wydawało mi się to nierealne i fascynujące. Później chciałem mieć samochód, dom, pragnąłem pojechać na wycieczkę i zadzwonić z niej na domowy telefon z tego, który nosiłbym w kieszeni. Znak czasów! W sporcie chciałem coś przeżywać, wyznaczać sobie kolejne cele, poznawać różne miejsca, kultury i ludzi. Rozszerzać horyzonty, delektować się widokami, smakami, bo przecież to są właśnie najlepsze elementy podróży. Biegi narciarskie stały się powodem wyjeżdżania i tak jest do teraz, ale nie wyobrażam sobie ganiać tyle kilometrów tylko po to, żeby zrobić na nartach kółko po lesie, doczłapać do mety, odebrać medal, zrobić zdjęcie i wrócić na Kaszuby. Jechać i nie dotknąć tego, czego nie masz na co dzień, byłoby kompletnie bez sensu, nawet jeżeli jest całkiem podobne do już poznanego. Jest w życiu za dużo do obejrzenia i poznania, by zamykać się wyłącznie na jedno hobby. Świat jest po to, żeby go odkrywać i trzeba robić wszystko, by uczynić to możliwym.

Do teraz zastanawiam się, jak to możliwe, że do tak wyniosłych i dorosłych wniosków doszedłem dopiero po czterdziestce, czyli w marcu 2008 roku. Na początek nie mogło być to nic innego niż polski Bieg Piastów, o którym, co ciekawe jako dzieciak, uczyłem się na lekcjach geografii. A dokładniej o naszym polskim duecie, czyli „Piastach” i podwałbrzyskim Biegu Gwarków, na który od połowy lat 70. XX wieku kopalnie co roku delegowały tysiące swoich górników. Szkoda, że dziś jego tradycja pochyliła się ku upadkowi. O Biegu Piastów, opowiadali mi też coraz częściej uczestnicy – moi koledzy – od których słuchałem historii i nabierałem ochoty do spróbowania czegoś nowego. Najwięcej opowiedział mi Janusz Meissner z sekcji narciarskiej Cartusii Kartuzy, który sam, a potem z prowadzonymi przez siebie zawodnikami był tam n–razy. Poznaliśmy się w Ostrzycach, gdy organizował klubowe zgrupowania. Meissner był „ojcem chrzestnym” mojego debiutu, także dlatego, że dał mi później kontakt do Tomka Kałużnego, od którego kupiłem pierwsze porządne narty. Równocześnie pokazywał mi swoich juniorów i mówił: – Ten to w Jakuszycach przebiegł tyle, ten tyle, a tamten to w ogóle najwięcej. To co – pomyślałem – skoro oni mogli, to ja nie dam rady? Tak pobudzony uznałem, że nigdy czegoś podobnego nie przeżyłem, więc może jednak puszczę hamulce, bo warto. Może nie jestem typem faceta, który działa na zasadzie „zróbmy to, zanim pomyślimy, że to kompletnie głupie”, ale już nie raz w życiu zdarzyło mi się działać pod wpływem chwili. Wtedy taka przyszła, kupiłem pakiety startowe i koniec – będziesz, Guziński, biegał na czas.

 

No dobrze, cofam. Jestem trochę typem takiego faceta. Przyjmijmy, że w 90 procentach.

To był czas, gdy imałem się wielu dyscyplin. Grałem w tenisa ziemnego i stołowego, biegałem, a nawet zostałem samoukiem windsurfingu. Możecie mi nie wierzyć, ale jak ze wszystkim – stanąłem na desce i po swojemu zacząłem pływać, nie umiejąc na początku nawet wykonać poprawnych zwrotów. Szedłem pod prąd i bardzo długo w sporcie nie mogłem przemóc się i poprosić o pomoc instruktora. Na desce było to o tyle nieodpowiedzialne, że nie pomyślałem o bezpieczeństwie innych na wodzie, ale za to „własnoręcznie” czynione postępy dają potrójną satysfakcję.

Siedemdziesiąt procent mojego sportu polegało jednak na kręceniu kilometrów na rowerze. Długo był w hierarchii przed nartami i do teraz zdecydowanie łatwiej mi się na nim ścigać. O ile w zawodach kolarskich stawałem na podium niezliczoną liczbę razy, zwłaszcza w swoich kategoriach wiekowych, na śniegu dzieje się to od wielkiego dzwonu. Rower lubię szczególnie, mimo że raz prawie mnie zabił. Historia zdarzyła się kilkaset metrów koło domu, niecały rok przed jakuszyckim debiutem. Wracałem z przejażdżki, nagle na ostatnim odcinku z lasu do drzwi straciłem równowagę i przeleciałem przez kierownicę, zabierając za sobą ramę. Kierownica z przykręcanymi rogami otworzyła mi głowę na pół i rozszarpała nos. Z głowy leciał wodospad, ale nic mnie nie bolało. Z założenia w ogóle nie przeklinam, a wtedy moje „kurwa mać!” mogło być słyszalne w sąsiedniej wsi, w każdym razie nie spodziewałem się, jakie są konsekwencje tego zdarzenia. Byłem w szoku. Doczłapałem się do domu i stanąłem przed lustrem. Widok, jaki na mnie czekał, zapamiętam chyba do końca życia – nie przypominałem kogoś, kto miałby z tego wyjść bez szwanku, a tymczasem zamiast wzywać karetkę, wsiadłem do samochodu i pojechałem do szpitala. Całą głowę zakryli mi szwami. Wyglądałem strasznie, a musiałem pracować, kontaktować się z klientem, umawiać na spotkania... Próbowałem przez lata jakoś zamaskować pozostałą bliznę, ale jej rozmiar przerósł możliwości wszystkich dostępnych specyfików.

Nigdy więcej nie jeździłem bez kasku, ale nie obraziłem się na sport. Od tamtej pory pokonałem na rowerze kilkadziesiąt tysięcy kilometrów. Na dwóch kółkach czułem się bardzo mocny, skoro w weekendy robiłem jednorazowo minimum pięćdziesiąt kilometrów po lesie, a jeśli mnie czasem poniosło, przekraczałem siedemdziesiątkę. W sobotę i niedzielę, czyli dwa dni pod rząd. Przejechanie takiej trasy zajmowało mi zwykle około trzy godziny, więc szybko przeliczyłem, że skoro w Jakuszycach dystans jest podobny, to dokładając parędziesiąt minut wysiłku więcej i trochę zimowych wycieczek na nartach, jakie od zawsze miewałem w zwyczaju, nie będę miał kłopotów z ukończeniem maratonu. Niestety za swoją wrodzoną upartość już na samym początku przygody ze startowaniem na własne życzenie dostałem srogo po tyłku. Byłem szalony, bo właściwie z marszu zdecydowałem się na dwie „pięćdziesiątki” dzień po dniu – najpierw dowolną techniką, a potem stylem klasycznym – ani razu nie biegając wcześniej po trasie „BP”. Zamykam oczy i widzę moment, w którym opowiedziałem o tym Meissnerowi. Popatrzył na mnie jak na szaleńca, a ja biedny nie wiedziałem, o co mu chodzi.

Wszystko, co zrobiłem wtedy w Jakuszycach, zrobiłem kompletnie wbrew zaleceniom doświadczonych narciarzy, którzy powtarzają, żeby przed zawodami koniecznie przyjechać trochę wcześniej i oswoić się z lokalnym mikroklimatem. Nic z tego nie wyszło, bo w Izery dotarłem w piątek tuż przed północą. Udało mi się chwilę przespać, ale nie zdążyłem nawet odebrać pakietów startowych, po które przyszło mi odczekać swoje w porannej kolejce do biura. Na początku nie bardzo w ogóle wiedziałem, gdzie iść. Przygotowałem się kompletnie na wariata, żeby nie powiedzieć – idiotycznie. Dzisiaj taka spontaniczność jest dla mnie nie do pomyślenia, ale wówczas nie miałem za grosz świadomości, że błądzę. Wszystko było dla mnie nowe. W lesie poruszałem się po znakach, ale co z tego, skoro i tak czułem, jakbym błądził po omacku. Znajomość terenu – na przykład momentów, gdzie są zjazdy, a gdzie podbiegi – to gigantyczny atut, który pozwala lepiej zarządzać energią i siłami. Mogłem chociaż popatrzeć na profil trasy i cokolwiek z niego zapamiętać, ale gdzieżby. Nauczyłem się tego na własnych błędach.

Pamiętam doskonale, jak pierwszy raz zobaczyłem długi, prosty i stromy podbieg pod Samolot. – Prędzej padnę niż się tam wczołgam – motywowałem się wyjątkowo skutecznie. Okazało się, że zaliczyłem jedno i drugie – i wbiegłem, i padłem, bo za tą debiutancką brawurę swoje odchorowałem. Byłem wypompowany w stu procentach. Bezsilny. Oszołomiony. Rozlazły. Po pierwszym dniu chodziło mi po głowie, żeby nie wystartować w niedzielę, bo zwyczajnie nie dam rady, lecz rano coś nakazało mi wstać i zrobić to jeszcze raz. Zrobiłem. Przed samozniszczeniem organizmu uratowało mnie chyba tylko załamanie pogody, z którego powodu organizatorzy w ostatniej chwili musieli skrócić zaplanowaną wcześniej trasę.

Tamten armagedon pamiętam doskonale nie tylko ze względu na debiut i związane z nim emocje. Już na samym początku mojej nowej drogi zetknąłem się ze śmiercią jednego z, nazwijmy go, konkurentów. Był w podobnym wieku. Zasłabł i odszedł gdzieś w lesie, w którym biegłem być może kilka chwil wcześniej. Najzwyczajniej nie poradził sobie z wyzwaniem, które spotęgowane burzą stawało się na niektórych odcinkach totalnie ekstremalne. A ona przyszła niespodziewanie, zresztą chyba nikt nie spodziewał się jej na początku marca. Staliśmy już z nartami w rzędach, przed nami Julian Gozdowski kreuje swoją tradycyjną narrację o wyciszaniu i wsłuchiwaniu się w odgłosy lasu i nagle rozlega się trzask błyskawicy. Potem dochodzi wielka zawierucha i ulewa. To nadało imprezie niezapomnianej dramaturgii, ale jednocześnie ją zepsuło. Gorsze mogło być tylko całkowite odwołanie zawodów, bo wszyscy startujący byli już w Szklarskiej Porębie. Nie widziałem ani nie znałem tego człowieka, ale jego śmierć uderzyła mnie do tego stopnia, że chociaż zadowolony z własnego debiutu, przez kilka tygodni śledziłem wszystkie nowe informacje o jej okolicznościach. Uświadomiłem sobie, w jakim byliśmy wtedy niebezpieczeństwie, skoro padało tak intensywnie, że na trasie tworzyły się już nie kałuże, a małe jeziora oraz rwące potoki. Jak ktoś wjeżdżał w nie z niewystarczającą prędkością, grzązł w wodzie powyżej krawędzi buta, a to przecież ze dwadzieścia centymetrów. Biegłem mocno przestraszony. Mam przed oczami obrazek strażników granicznych stojących w tej brei w wysokich kaloszach, którzy raz po razie wyławiali uczestników na suchy fragment trasy. Tamto zdarzenie przeczy trochę przekonaniu, że narciarstwo biegowe to taki bezpieczny i wspaniały sport dla wszystkich. Chyba nie, skoro ktoś zszedł. Tylko że – zrozumiałem po pewnym czasie – nie można ferować wyroków bez kompletnej wiedzy. Nie wiem przecież, czy był w pełni zdrowy, albo przynajmniej na tyle, by przebiec wymagający maraton. Inna rzecz, że my byliśmy w górach. Niewysokich i płaskich, ale górach, które rządzą się swoimi prawami i zawsze stanowią pewne zagrożenie. Myśmy, wszyscy biegnący, trochę je wtedy zbagatelizowali. A one za każdym razem, gdy się w nie wchodzi, wymagają pokory. Pokory, która widocznie przychodzi w miarę nabywanych doświadczeń, własnych i czyichś.

 

Koniec końców debiut wypadł pomyślnie. Pokonałem własne słabości, ukończyłem biegi, dostałem medale i pomyślałem: łał, ale to było fajne. Ja chcę więcej! O dziwo nie znalazłem się na końcu stawki, a – powiedzmy – w najlepszych 70 procentach. Tamten początek, chociaż kompletnie spontaniczny, był motorem napędowym dalszego działania, którego – jestem pewny – tak samo doświadczyli po swoim pierwszym razie wszyscy moi koledzy i koleżanki z tras. Nie mogłem uwierzyć, że przez tyle lat uprawiałem narciarstwo i nie wiedziałem, jaką satysfakcję daje udział w zorganizowanych imprezach. Zapragnąłem kolejnych wyzwań, chociaż nie mogłem jeszcze przypuszczać, w jak odległych zakątkach świata przyjdzie mi je później odnajdywać.

 

Andrzej Guziński

 

-/-

 

Wy też możecie otrzymać „Dwadzieścia kroków po śniegu”. Książkę można otrzymać w podziękowaniu za wsparcie akcji Radia Gdańsk www.pomorzebiegaipomaga.pl  

Po wpłacie min. 24,90pl na konto fundacji otrzymuje się maila zwrotnego z informacją:

Dziękujemy. Jeśli wpłaciłeś min. 24,90 organizator akcji - Radio Gdańsk – chciałby wysłać w podziękowaniu książkę A.Guzińskiego “20 kroków po śniegu”.

Przy wpłacie min. 59 zł wysyłamy koszulkę biegową.

Komentarze - 0

Aby od razu dodać komentarz zarejestruj/zaloguj się na naszym portalu. Ze względu na problemy z botami komentarze niezalogowanych ukazywać się będą najszybciej jak to możliwe, ale dopiero po akceptacji.

* - pola obowiązkowe



Prawa autorskie © skipol.pl