Ustawa Cookie - Wykorzystujemy cookies w celu poprawnego wyświetlenia strony. Wiemy - można bez nich żyć - tylko po co?

Miał zostać w domu, a z igrzysk przywiózł medal. Jak dotąd nasz taki jedyny [HISTORIA]

Kombinacja norweska -> Artykuły

2016-07-31

W 1956 roku ucieszył całą Polskę. Równo dwa lata temu kraj po nim zapłakał. W rocznicę śmierci wspominamy naszego pierwszego medalistę zimowych igrzysk olimpijskich – Franciszka Gąsienicę-Gronia.

 

Wiele było dyscyplin sportu, którymi Franciszek Gąsienica-Groń się interesował. Urodzony w 1931 roku syn z małżeństwa Franciszka seniora i Marii Chyc od dziecka był pełen energii i ciekawości, którą zaspokajał w basenie, na piłkarskim boisku, a ponadto na strzelnicy czy z rakietką do tenisa stołowego w dłoni. Rozwój sportowy małego Franka zatrzymał wybuch II wojny światowej, po której – w 1952 roku – zaciągnięto go do wojska. I chociaż jako żołnierz uzyskał m.in. pierwszą pływacką klasę sportową na 200 m stylem dowolnym, a w łódzkim GWKS grał u boku słynnego Ernesta Pohla (późniejszej legendy Górnika Zabrze i patrona stadionu w tym mieście), miłość do nart okazała się najsilniejsza.

 

 

Z „Wujkiem” na igrzyska

 

Jako rodowity zakopiańczyk Gąsienica-Groń od najmłodszych lat „skazany” był na narty, po których przypięciu naśladował ówczesną legendę Tatr – Stanisława Marusarza. Po 1945 roku o dobre deski było trudno, dlatego – jeśli jakiekolwiek się miało – nierzadko służyły do wszystkich zimowych konkurencji.

 

Wysportowany nastolatek już dwa lata po wojnie zapisał się do Wisły-Gwardii Zakopane, gdzie trafił później pod skrzydła Mariana Woyny-Orlewicza. Trener ten zresztą, widząc jak pokraczną techniką usiłował zjechać slalom, namówił go, by po zrzuceniu munduru postawił na kombinację norweską. - Orlewicz był doskonałym trenerem. Miał u nas wielki autorytet, był akademickim mistrzem świata, był po AWF-ie i umiał z nami rozmawiać i nami kierować – wspominał po latach zawodnik w książce „Kronika śnieżnych tras”. „Wujek” – bo tak mówiono na szkoleniowca – stał się dla Franciszka niemalże członkiem rodziny. Najpierw sportowej, a później olimpijskiej.

 

 

Przypadkowy trening wysokościowy

 

W grupie prowadzonej przez Orlewicza przed igrzyskami w Cortina d'Ampezzo trenowało kilku mocnych dwuboistów, w tym Józef Krzeptowski-Daniel, Jan Raszka czy Aleksander Kowalski. Groń miał co prawda najkrótszy staż w drużynie, ale podczas treningów nie brakowało mu zawziętości. Kiedy jego sympatyczny przełożony wrzucał narciarzom do treningowych plecaków cegły, zdarzało się, że w jego bagażu lądowały aż dwie. Plus sprzęt.

 

„Przed olimpiadą trenowaliśmy na tzw. pierwszym śniegu na Kondratowej. Robiliśmy tam sobie skocznię terenową ze śniegu i na niej skakaliśmy. Taką samą skocznię robiliśmy w Pięciu Stawach Polskich, a biegaliśmy po stawie. Trenowaliśmy w Pięciu Stawach i byliśmy na na dużej wysokości. Teraz wyjeżdża się w Alpy. Nikt wtedy sobie nie zdawał z tego sprawy. Siedzieliśmy przecież miesiąc w Pięciu Stawach przed Olimpiadą” – czytamy w „Kronice...” wspomnienia zmarłego w 2014 roku kombinatora.

 

 

A miał zostać w domu

 

Orlewicz uważał, że grupa, którą prowadził w duecie z Tadeuszem Kaczmarczykiem (jak się później okazało – jedną z trenerskich legend polskiego narciarstwa), jest solidnie przygotowana do startu we włoskich igrzyskach. „Wujek” w reprezentacji widział miejsce dla Gronia, ale kiedy na zgrupowanie przyjechał krawiec strojów olimpijskich, Franciszka nie zmierzył. Trener postawił działaczy pod ścianą: albo go wysyłacie, albo ja rezygnuję. Następnym niespodziewanym problemem okazał się już brak wizy. Bo kiedy decydenci dali 24-latkowi szansę sprawdzenia się w próbie przedolimpijskiej w Szwajcarii, Polak dobrze obsadzone zawody wygrał.

 

Jeśli po wizycie w Le Brassus zyskał być może miano czarnego konia zawodów we Włoszech, to po pierwszych treningach na Trampolino Italia stał się już faworytem. Groń regularnie przeskakiwał nawet najlepszych wówczas Skandynawów, tymczasem już w pierwszej próbie upadł po zbyt wczesnym wyjściu z progu, tracąc mnóstwo punktów. - Napaliłem się na ten skok, chciałem uzyskać na rozbiegu jak największą szybkość. Coś poknociłem, że w końcu wystartowałem przy zachwianej równowadze. Błyskawiczna myśl: rany boskie, nie przewrócić się na rozbiegu. To wystarczyło, dekoncentracja, już próg skoczni, wybijam się za wcześnie. Straszne, lecę zupełnie na głowę – przypominał sobie po latach.

 

Dzięki niezłym próbom kończonym na 72,5 i 74. metrze zakopiańczyk przesunął się z ostatniego na dziewiąte miejsce. Przed nim, na piątym, był Kowalski, chociaż ten od Franciszka gorzej spisywał się w biegach. Na odrobienie strat było 15 kilometrów. Wszyscy do rywalizacji (inaczej niż dziś, kiedy cała kombinacja rozgrywa się jednego dnia) przystąpili wyspani i z zapasem sił. Groń – chociaż jak wszyscy miał dzień wolnego – wstał najpóźniej. Na posmarowanych przez Orlewicza nartach gnał jak szalony, ale przez upadek Włocha sam zakopał się w głębokim śniegu. Drugi upadek w jednych zawodach! Wygrzebał się szybko, pognał do mety, a kiedy ją minął, napadł go prawdziwy tłum. Pierwsi krzyknęli mu Rosjanie: masz brąz!

 

Na dekoracji w przerwie hokejowego meczu USA-ZSRR Franciszek Gąsienica-Groń stanął obok Bengta Erikssona i Sverre Stenersena. Tych samych, których przeskakiwał w treningach, ale... już nikt o tym nie pamiętał. Został bohaterem. I kto wie, czy nie byłby większym, gdyby podczas powitania medalisty w Zakopanem telewizji nie zamarzły kamery.

 

 

Śpiączka, kariera trenerska, dobre geny

 

Mimo że Groń karierę zakończył dopiero w 1964 roku, na arenie międzynarodowej znaczących sukcesów już nie odniósł. Po brązie w Cortinie zdarzyło mu się wskoczyć na podium pojedynczego konkursu (2. w Garmisch-Partenkirchen – 1957), ale o najwyższe cele bili się inni.

 

Wpływ na późniejszą formę dwuboisty z pewnością miała kontuzja, jakiej doznał pod koniec marca 1957 roku. W Memoriale Bronka Czecha i Heleny Marusarzówny tak potłukł się na skoczni, że kolejne trzy dni spędził w śpiączce. Diagnoza: wstrząs mózgu, złamany mostek i obojczyk, uszkodzony siódmy krąg kręgosłupa.

 

Rok po rezygnacji z aktywnego uprawiania sportu znów zapukał do Wisły Zakopane, gdzie – jako trener wychowany metodami „Wujka” – doprowadził do krajowych tytułów kilkudziesięciu zawodników w skokach i kombinacji. Zamiłowanie do niej przekazał m.in. Tadeuszowi Bafii czy Stanisławowi Ustupskiemu. Dziś ten łańcuch biegnie dalej. Bafia trenował kadrę Kanadyjczyków, także będący pod jego skrzydłami Robert Mateja pracuje z Polakami, identyczną ścieżkę obrał jego wnuk Tomasz Pochwała. Można przypuszczać, że narciarska wymiana pokoleń się na tym nie skończy i za dwadzieścia lat w ślady wymienionych pójdą następni.

 

31 lipca 2014 roku Franciszek Gąsienica-Groń zmarł w wieku 83 lat. Na Nowym Cmentarzu w Zakopanem pożegnały go m.in. delegacje Polskiego Komitetu Olimpijskiego i Polskiego Związku Narciarskiego. Oprócz tuzina nieopowiedzianych historii zabrał ze sobą odcięty kawałek narty skokowej. Pewnie na wszelki wypadek, gdyby kiedyś jeszcze miał ochotę poskakać.

 

W tekście wykorzystano materiały: Przeglądu Sportowego, Eurosportu, Onetu, Polskiego Radia, Wikipedii, Polskiego Komitetu Olimpijskiego, Skijumping.pl oraz książkę „Kronika śnieżnych tras” autorstwa J. Kapeniaka, J. Fischera i L. Matzenauera.

 

Michał Chmielewski

fot. Wikipedia

 

Komentarze - 0

Aby od razu dodać komentarz zarejestruj/zaloguj się na naszym portalu. Ze względu na problemy z botami komentarze niezalogowanych ukazywać się będą najszybciej jak to możliwe, ale dopiero po akceptacji.

* - pola obowiązkowe



Prawa autorskie © skipol.pl