Ustawa Cookie - Wykorzystujemy cookies w celu poprawnego wyświetlenia strony. Wiemy - można bez nich żyć - tylko po co?

Astmatyk, pracoholik, globetrotter. Andrzej Guziński, narciarz niesprecyzowany [REPORTAŻ]

Biegi masowe -> Wywiady

2016-12-25

Na pierwsze zawody zapisał się dopiero w 2007 roku, ale dziewięć lat wystarczyło, by w narciarstwie został legendą. Jedną z jedenastu takich na świecie. - Ja się z nikim nie ścigam, liczy się przede wszystkim przeżywanie – mówi Andrzej Guziński, Global Worldloppet Skier.

 

Eksplodował mi w kręgosłupie dysk. Odłamki zablokowały dziewięćdziesiąt procent przepływu substancji odżywczych przez rdzeń i w ogóle bym już nie biegał na nartach. Pół roku mnie bolało. Poszedłem w końcu do jednego profesora, też biegacza, i ten powiedział, że kręgosłup może i do operacji jest. "Ale pacjent nie jest!” – opowiada absolutnie niewyglądający na 52 lata Andrzej Guziński, 189. w historii Global Worldloppet Skier.

 

 

Uparty Kaszub

 

Nic kiedyś nie zapowiadało, że Guziński zabierze się za sport. W szkole podstawowej jeden ze słabszych, jak sam przyznaje – pulchny, pracujący więcej głową niż ciałem. Typ niewuefowy. Z tego powodu nauczyciel przedmiotu prymusowi Andrzejowi zagroził postawieniem na koniec piątej klasy rozczarowującej czwórki. Tak go to zabolało, że, jak przystało na Kaszuba, dzieciak się zawziął i na tyle wyciągnął ocenę w biegach, że wkrótce ten sam wychowawca z szydercy stał się orędownikiem sportowej przygody. O czwórce nie było mowy, przynajmniej nie dla zawodnika, który jako szóstoklasista walczył z dwa lata starszymi od siebie w mistrzostwach województwa w piłce ręcznej.

 

- Wygrywałem z kolegami wzrostem, ale co z tego, skoro chwilę później ja dalej miałem swoje 179 cm, podczas gdy oni przegonili mnie o dwie głowy? Lubiłem stanie w bramce, dopóki któryś z rywali – zamiast trafiać w bramkę – umyślnie celował w twarz. To były jeszcze te bezczelne czasy, gdzie wynik w szczypiorniaku najpierw otwierał nokaut, a dopiero potem taktyka i umiejętności – mówi biegacz.

 

Po długim dniu i wybieganiu na trójmiejskiej plaży zasłużyliśmy na duże zimne i rybę. Zgodnie z kaszubskim zaleceniem nie będzie to żaden pstrąg. Ma być (jak się później okazało – słusznie) świeżutki dorsz. Tak samo lokalny jak jasny półlitrowy Specjal.

 

Guziński o początkach: - Przede wszystkim oglądałem transmisje. Najpierw wyobraźnię pobudzał Wojciech Fortuna, a później – kiedy już biegałem na „nartach do wszystkiego” – Józef Łuszczek. Nie mam pojęcia, który z nich zaszczepił mi bakcyla, dlatego opowiadam o ojcu służącym w Wojskach Ochrony Pogranicza. Tato służył w okolicach Lubania, gdzie zimą codziennie patrolował kilkanaście kilometrów przestrzeni. Mówił wtedy o rzadkich ptakach, dzikach, lesie i ciszy... Inspirował do tego stopnia, że gdy tylko dostałem pod choinkę pierwszy komplet sprzętu, zaraz zacząłem próbować się na śniegu – wspomina. Zaczęło się niewinnie, od przypinania wiązań z rana i podróży z listwami na plecach, które wbijane w stok służyły za slalomowe tyczki. Tak Guziński trenował, najpierw doskonaląc zjazd, a później podbieg. Sprzętu z nóg raczej nie zdejmował, a sąsiedzi na nizinach tylko pukali się w głowę. Jeszcze bardziej pukali się, gdy – już jako narciarz-maratończyk-obieżyświat – latem mijał ich na nartorolkach.

 

 

"Latem nad morze raczej nie przychodzę. Ale zimą jest na plaży fantastycznie"

fot. Michał Chmielewski

 

Ja nie dam rady?

 

Tak jak ludzie dziwili się na Kaszubach chłopaczkowi na nartach, teraz zdziwieni patrzą na mężczyznę biegnącego po plaży z kijami. Andrzej włączył je w trening, gdy zorientował się, że górne partie mięśni ma znacznie słabsze od nóg. W wyrównywaniu mocy pomagają Ercolina i basen, tyle tylko, że w wodzie na dobre rozkręcił się dopiero przed czterema laty.

 

- Trochę wstyd, ale nie umiałem pływać kraulem. Cały czas był tylko styl klasyczny, którym nie tylko trenowałem, ale i ścigałem się w zawodach triathlonowych. Taktyka była prosta: najpierw staję z tyłu i przypływam ostatni, potem przeganiam rywali na rowerze. O ile się nie podtopię. Raz na starcie wpadłem w taką „pralkę”, że zamiast do mety, dotarłem na sygnale do szpitala – wspomina sportowiec. Guziński uważa, że bardziej pasuje do niego słowo „rekreant”, ale gdy wylicza tygodniowe treningi, skromnie skłania się do wersji numer jeden. Bywało, że przed ważnymi startami realizował trzy jednostki dziennie. Tyle trenują tytani.

 

W 2007 roku – jeszcze przed przebiegnięciem niemal osiemdziesięciu dłuższych i krótszych maratonów narciarskich na sześciu kontynentach Ziemi – nie wiedział, że jest tytanem. Ale chciał być i po kilku pierwszych wyścigach częściej się denerwował niż cieszył. Że wynik nie taki, że wolałby mieć za plecami więcej niż stu. W debiucie, który jak w większości takich historii przypadł na Biegu Piastów – zajechał się z własnej winy, startując naraz w obu „pięćdziesiątkach”. Przecież jest Kaszubem, przecież jakoś sobie poradzi. Biegł w burzy, która któregoś z rywali na zawsze zostawiła w Jakuszycach. - Ten człowiek zmarł na trasie, to było – zawiesił na chwilę głos – to było przerażające.

 

Na następne imprezy jeździł coraz dalej od domu, dodając kolejne sąsiedzkie kraje. Gdy zabrakło sąsiedzkich, wybierał się w coraz odleglejsze. Efekty wiszą na ścianie w jego gdańskim domu. To kilkaset niemieszczących się obok siebie medali i trzy certyfikaty Worldloppet Mastera. Czwarty, o ile zdrowie pozwoli, ma się dopełnić w lutym.

 

 

Andrzej Guziński i jego najcenniejsze trofeum

fot. Michał Chmielewski

 

Svalbard nie jest tak daleko

 

Bierzemy do ręki kalkulator, liczbę ludności świata dzielimy przez 226, czyli sumę wszystkich dotychczasowych zdobywców tytułu Global Worldlopper Skier. Wychodzi, że jeden taki człowiek wypada na ok. 33 miliony ludzi. Współczynnik dla Polski wynosi więc 1.15, choć w rzeczywistości jest ich w kraju aż pięciu. Tyle tylko, że w statystyce – odkąd ligę poszerzono do dwudziestu wydarzeń – jest mała nieścisłość. Kończących tak jak Guziński wszystkie dwadzieścia imprez było do grudnia 2016 roku ledwie jedenastu, a kilku kolejnym do zamknięcia listy brakuje ostatniego. Więcej osób na świecie przeskoczyło sześć metrów o tyczce.

 

- Jeden z trenerów narzucił mi kiedyś, bym obowiązkowo postawił przed sobą sportowy cel. Poróżniliśmy się, dlatego że dla mnie celem i filozofią jest po prostu przeżywanie. Nie pojechałbym raczej bez biegówek na południe Argentyny, nie byłbym w Nowej Zelandii, nie kłóciłbym się o wejście do samolotu na chińskim lotnisku w obawie, że wielka logistyczna eskapada na Vasaloppet China umrze przez głupią decyzję urzędnika. To wszystko – mimo zdiagnozowanej astmy i niejednego nagłego „przytkania” – dały mi narty. Na moje pomysły ludzie czasami pukają się w głowę, a mama za każdym razem przed wyprawą pyta: może przestaniesz już jeździć? Nie przestanę, bo to moje drugie życie. Najpierw dziecięce hobby, później ucieczka od pracy, w której od poniedziałku do środy przesiadywałem nawet po osiemnaście godzin na dobę. Teraz narty to nawet coś więcej, coś zupełnie wyjątkowego – zwierza się Guziński. Minusem relacji pytający-odpowiadacz jest to, że z góry wiadomo, kto będzie mówił więcej. Jego dorsz zupełnie wystygł.

 

 

Guziński związany jest z lokalnym klubem. W przeszłości pomógł Cartusii m.in. kupić skuter

fot. Michał Chmielewski

 

Przez treningi, pracę i wyjazdy nie ma czasu na zrobienie z wypraw narciarza użytku dziennikarskiego. Ale można by. I chociaż to jeszcze plan wstępny, wszystkie anegdoty, spisane na kolanie notatki, wymienione maile i udzielone wskazówki mają złożyć się w treść biegowego przewodnika. Jedyny kłopot będzie polegał na tym, że zanim ten powstanie, do zbioru dojdzie kilkadziesiąt nowych opowiastek. Najbliższa zapewne ze Svalbardu. - Tam startuje kilkaset osób, bieg się rozrasta. Jest prestiżowy i przyciągający, mimo że prócz wszechobecnej bieli, nie ma tam nic. Ale mnie to „nic” przyciąga – mówi. W 2015 roku przeleciał pół świata do Ziemi Ognistej, bo do sprawdzenia jego żyłki do logistyki namówiło „nic” argentyńskie.

 

O Buenos Aires: - Jest inaczej niż wszędzie indziej, panują inne reguły. Na ulicy wszyscy zaczepiają wymieniać dolary. Codziennie odbywa się jakiś protest. Są kluby piłkarskie, które się nienawidzą i czułem to, wychodząc z hotelu drużyny Boca Juniors. Był wtedy jakiś finał. Tam tak się żyje futbolem, że gdy Juniors go wygrali, o 3 nad ranem przyszli świętować pod klubowe budynki. Ja jednak wolałem nie zapędzać się bez przewodnika w boczne uliczki. Wyglądam inaczej, niepotrzebnie przyciągam uwagę. Czy teraz drugi raz wziąłbym kogoś takiego do pomocy? Nie wiem. Wtedy uznałem, że powinienem.

 

W Ushuaia, na końcu świata, spotkał Justynę Kowalczyk, z którą zdarza mu się widywać w różnych miejscach świata. Nie rozmawiają zbyt wiele, chociaż mają nawet wspólne zdjęcie. Co jednak ważniejsze – sam sobie udowodnił wówczas, że może dojechać wszędzie. Z Ushuaia do domu w Ostrzycach jest w linii prostej 14425 kilometrów. Z nowozelandzkiej Snow Farm jeszcze dalej – 17795.

 

- Co będzie, jeśli Worldloppet dołoży kolejne biegi do kalendarza?

- Niech dokładają ich nawet pięć. Wszystkie pobiegnę. Ja mam jeszcze na nartach wiele do zrobienia.

 

 

"Liczy się dla mnie przeżywanie, a nie zajmowanie miejsc. Samo bieganie i podróż to dla mnie satysfakcja". Na zdjęciu Guziński w Nowej Zelandii

fot. materiały własne

 

Michał Chmielewski

 

Komentarze - 0

Aby od razu dodać komentarz zarejestruj/zaloguj się na naszym portalu. Ze względu na problemy z botami komentarze niezalogowanych ukazywać się będą najszybciej jak to możliwe, ale dopiero po akceptacji.

* - pola obowiązkowe



Prawa autorskie © skipol.pl