Ustawa Cookie - Wykorzystujemy cookies w celu poprawnego wyświetlenia strony. Wiemy - można bez nich żyć - tylko po co?

Kombinacja norweska to sportowa pustynia (FELIETON)

Kombinacja norweska -> Artykuły

2014-10-22

Po przeczytaniu felietonu Bożeny Tyc poczułem, że poruszony przez nią problem jest ważny. O kombinacji wiem niewiele, ale zdałem sobie sprawę, dlaczego. Bo niewielu cokolwiek wie! Z wnioskami i propozycjami redakcyjnej koleżanki polemizować nie chcę, na sprawę spojrzałem jednak swoim okiem.

 

To jeden z największych znanych mi sportowych paradoksów. Trend nielogiczny, nierozsądny, a w dodatku absolutnie nieuzasadniony. Medialne pominięcie kombinacji norweskiej, czyli połączenia hiperpopularnych skoków z megapopularnymi biegami, to zjawisko absolutnie tej konkurencji niegodne. Konkurencji, od której przecież wszystko się zaczyna. Współczesne i przeszłe gwiazdy jednej z dwóch składających się na dwubój specjalizacji w dużej mierze zaczynały właśnie od trenowania ich obu.

 

Wybór dwuboju na podstawowe narzędzie szkoleniowe młodych narciarzy nie jest przypadkowy. Narodzona w Norwegii idea łączenia konkurencji do dziś pozwala opiekunom wszechstronnie rozwijać swoich podopiecznych. Jeśli w najmłodszych latach zawodnik równocześnie opanuje oba procesy ruchowe, zyska przewagę nie tylko na polu umysłowym, ale i ruchowym. W kolejnych etapach kształcenia trener zyska też więcej możliwości wyboru. „Materiał na mistrza” można albo zostawić przy trudniejszej kombinacji, albo skierować do biegów lub skoków. Tak właśnie stało się z największymi gwiazdami. Tymi z ekranów telewizorów.

 

Czy trzeba daleko szukać? Nie. Małysza znają wszyscy. Ikona ostatniej dekady w powszechnej opinii kojarzy się wyłącznie z fruwaniem na nartach. A to, drodzy kibice, tylko część prawdy. Druga, mniej znana, mówi o dosyć długiej przygodzie Orła z Wisły także z deskami do biegania. Zanim jesienią '94 roku, za namową Jana Szturca Małysz ostatecznie porzucił kombinowanie, z(e znikomym) powodzeniem rozwijał się jako dwuboista. W jego kolekcji znajduje się kilka tytułów krajowych, a jako piętnastolatek wystąpił nawet w Pucharze Świata. Podobną przygodę przeżył wychowany w NRD Sven Hannawald. Cudowne dziecko komunistycznego systemu od najmłodszych lat wychowywało się i na skoczniach, i na biegowych trasach. Sven wolał jednak latać, więc, jak przystało na inteligentnego dzieciaka, specjalnie dawał się ogrywać podczas wyścigów. I postawił na swoim. Z jakim skutkiem przypominać chyba nie muszę.

 

Na będącej źródłem najlepszych (?) informacji Nonsensopedii wyczytałem, że teoretycznie, aby zostać kombinatorem norweskim, trzeba być niezłym w obu konkurencjach... Niestety, nie da się. Jeśli jest się lepszym skoczkiem, przechodzi się do skoków narciarskich. Natomiast jeśli jest się lepszym biegaczem, przechodzi się do biegów. Generalnie, efektem jest to, że trzeba być zarówno kiepskim skoczkiem, jak i biegaczem. I często odnoszę wrażenie, że właśnie z takiego założenia wychodzą kibice i sponsorzy. Niestety. Kto choć raz obejrzał rywalizację kombinowaną, wie, że w szerokiej czołówce znajduje się co najmniej kilkunastu klasowych specjalistów od obu zmagań. Nie bez powodu Anssi Koivuranta (zdobywca Kryształowej Kuli w kombinacji) stanowi dziś filar fińskiej kadry skoczków. Stał się on zresztą pierwszym w historii sportowcem, który wygrał zawody PŚ zarówno w skokach, jak i dwuboju. Całkiem nieźle w światku lotników radził sobie też Austriak David Zauner, a od (i niestety także „do”) niedawna Estończyk Kaarel Nurmsalu. Jak twierdzi w wywiadzie dla sport.tvp.pl jedyny polski „podiumowicz” w PŚ Stanisław Ustupski, myślenie o kombinatorach jako skoko-biegowych cieniasach, to największa bzdura i zarazem krzywda, jaką wyrządza się dyscyplinie.

 

- Młodzi chłopcy trenujący kombinację nie dostają nic. Jakaś kurtka, ocieplacz, to ma być dla nich motywacja? Nagroda za setki godzin treningów? Oni widzą, że skoczkom żyje się lepiej, dlatego myślą: „spróbuję w skokach, może mi się uda, będę znany, coś zarobię”. Bo w kombinacji nie ma na to szans – obnaża rzeczywistość trener młodych dwuboistów, który w niejednym naszym skoczku widziałby też niezłego biegacza. Jego zdaniem zadatki na klasowego kombinatora mieli m.in. Stefan Hula, Tomisław Tajner czy Piotr Żyła. Obaj z sukcesami szli przez dziecięce stopnie narciarskiego rozwoju. Po przejściu do skoków, szczególnie u dwóch pierwszych, bywało różnie.

 

Ustupski trafił w sedno. Co chwilę któryś z młodych talentów myśli albo o zakończeniu swojej przygody ze sportem, albo z zagraniem va banque. Ostatnim na to przykładem jest Andrzej Gąsienica. On pewnie też chce od PZN czegoś więcej, niż problemów, pomijania i jeżdżenia na rolkach po kostce brukowej. On też, jako reprezentant kraju, chciałby być analizowany przez wszystkie gazety i portale. Chciałby wywiadów, popularności i sponsora, dzięki któremu nie będzie musiał martwić się o chleb. A ewentualne triumfy? Kto tam w Polsce wie, że sezon w kombinacji wygrał jakiś Eric Frenzel. Że Samppa Lajunen w Salt Lake przyćmił sukcesy nawet Simona Ammanna. Nikt. Jest kilka narodowości, w których ktokolwiek tematem się interesuje. Oczywiście nie ma popularności bez sukcesów, ale z drugiej strony trzeba mieć do treningu jakieś warunki. Ale tego, m.in. w Polsce, chyba jeszcze nie odkryto.

 

Nie marzę, by nagle o polskiej kombinacji zaczęto mówić w superlatywach. Nie marzę, by nagle światowe media zaczęły tych ludzi szanować. Ale dobrze byłoby, gdyby dwubój narciarski na stałe zaistniał w kibicowskiej świadomości. Bo tam nie ma cienkich bolków - są odważni i wytrzymali narciarze. Tylko jak tu kombinować, by kombinację wypromować?

 

Michał Chmielewski

OBSERWUJ AUTORA NA TWITTERZE: @chmiielewski

Komentarze - 0

Aby od razu dodać komentarz zarejestruj/zaloguj się na naszym portalu. Ze względu na problemy z botami komentarze niezalogowanych ukazywać się będą najszybciej jak to możliwe, ale dopiero po akceptacji.

* - pola obowiązkowe



Prawa autorskie © skipol.pl